Włodzimierz Perzyński
MIŁOŚĆ SZTUKA I PIENIĄDZE
NA MARGINESIE.
Przez wielkie okna pracowni widać było parę suchotniczych kasztanów, z których wiatr pootrząsał już liście.
W szarej mgle jesiennego popołudnia drzewa zatraciły ostrość konturów i patrząc na nie, doznawało się wrażenia, że topnieją na deszczu.
Ulewa srożyła się coraz silniej. Napływały ciężkie chmury i pomimo, że do wieczora było jeszcze daleko, w pracowni panował półmrok.
Ten zmierzch, zapadający za dnia i jednostajny, stłumiony szum deszczu, tak usypiająco działały na Błońskiego, że całą siłą woli musiał panować nad sobą, żeby nie zasnąć naprawdę. Utkwił wzrok w szyby i przyglądał się drżącym szkieletom kasztanów, z których raz po raz wiatr odrywał ostatnie zeschłe i pokurczone liście. Ale długo nie mógł w je-
den punkt patrzeć, gdyż odrazu ogarniała go nieprzezwciężona senność. Przedmioty poczynały mu się mienić przed oczami, przybierając fantastyczne, wizyjne kształty.
Wstał z kanapy i podszedł do okna. Powiało na niego od szyb wilgotnym, przejmującym chłodem. To nasunęło mu myśl, że w zimie będzie w tej pracowni strasznie zimno, i zwracając się do Lipowskiego, odezwał się przyjacielskim tonem:
— Nie wiem, czy pan tu wytrzyma, gdy się zaczną mrozy.
Ale rzeźbiarz, pochłonięty pracą, nic nie odpowiedział. Tylko pani Marya zmarszczyła niecierpliwie brwi, dając tem mężowi znak, że przeszkadza. Trochę zły, umilkł i usiadł z powrotem na kanapie.
Niecierpliwiło go to posiedzenie, które też i przeciągało się dziś nad miarę długo.
Lipowski wpadł w wyjątkowy zapał. Pracował w milczeniu, nerwowo zagryzając usta. Raz po raz przytem niecierpliwym ruchem dłoni odgarniał włosy z czoła, które wciąż niesfornie, opadały mu na oczy.
— Czemu się nie ostrzyże, skoro mu to przeszkadza? - pomyślał Błoński, zauważywszy ten jego ruch.
Wogóle nie lubiał Lipowskiego. Uważał go za pozera. A przedewszystkiem to go do rzeźbiarza zrażało, że nie mógł się dopatrzeć najmniejszego podobieństwa pomiędzy tem, co on lepił, a głową żony.
— Takieto podobne do Marychny — myślał — jak ja do cesarzowej chińskiej.
Pani Marya była wręcz odmiennego zdania.
Pełna zachwytu dla talentu Lipowskiego, przepowiadała mu europejską sławę, a biust jej, który rzeźbił, uważała za arcydzieło sztuki.
Błoński oponować jej nie śmiał. Taki sam zachwyt, jak ona dla talentu rzeźbiarza, on miał dla jej znawstwa. Ale do duszy wkradło mu się podejrzenie, że jednak tym razem, Marychna się pomyliła.
Podziwiał jej wytrzymałość. Siadając do pozowania, zmieniała się w nieruchomy posąg. I mogła tak siedzieć całemi godzinami, jakby we śnie hypnotycznym. Dla Błońskiego było to niepojęte. Nic go tak nie męczyło, jak nieruchome, choćby przez chwil kilka pozostawanie na jednem miejscu. Czuł, że onby tak nie wysiedział. Zemdlałby. Wytrzymałość żony tłómaczył sobie jednak nie różnicą usposobień, lecz wyższem jej umiłowaniem sztuki. Był przekonany, że ją męczy to taksamo, lecz że pietyzm dla dzieła talentu przezwyciężał w niej znużenie.
Błoński nie znał się na sztuce, ale pragnął ją kochać. Zrodziło się w nim to pragnienie pod wpływem żony, która posiadała naturę niesłychanie wrażliwą na piękno i artystyczną. To tak na niego oddziałało, że się stał innym nieomal człowiekiem. Przed ślubem sztuka nie istniała dla niego wcale. Artystów lekceważył, oceniając ich z punktu widzenia zamożnego filistra, który świat mierzył pieniędzmi. Dopiero pani Marya nauczyła go patrzeć innemi oczami na wszystko. Przyznawał to szczerze i mówił, że przed ożenieniem się
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 | 29 | 30 | 31 | 32 | 33 | 34 | 35 | 36 | 37 | 38 | 39 | 40 | 41 | 42 | 43 | 44 | 45 | 46 | 47 | 48 | 49 | 50 Nastepna>>

